🙂
Tatry2014
Kolejna wyprawa którą zapamiętamy na dłużej. Pada propozycja żeby objechać Tatry na rowerze. Robert Skiba, Robert Gierałt i Henek Kuczaj decydują się podjąć wyzwanie. Startujemy w piątek samochodem – jedziemy do Zakopanego. Po drodze próba zatrzymania nas przez deszcz. Ulewa w okolicy Wiśniowej taka że asfalt zwija, woda płynie strumieniami, przed przepustami fontanny na metr wysokości. Od razu przypomina się wyprawa sprzed roku do Zembrzyc:))). Jakoś udaje nam się dotrzeć do Zakopanego. Zdecydowana poprawa humorów. Mamy noclegi u wujka Henia, widoki z okna na Giewont, z drugiej strony kilkadziesiąt metrów Sanktuarium na Krzeptówkach. Dodatkowo wujek wozi nas do sklepu żebyśmy mogli zrobić zakupy. Takie przyjęcie pozwala zapomnieć o czekających nas trudach, a mieliśmy świadomość że nie będzie łatwo. Planujemy objechać Tatry z noclegiem na Słowacji, wszystko mamy wieź w plecakach /brak sakw, brak samochodu eskortującego/, nie wiadomo gdzie będzie nocleg. A z tym wyzwaniem poradziliśmy sobie tak: 26.07.2014 Pobudka o 6:00. Można się wykąpać, ogolić – następny raz w takich warunkach pewnie za dwa dni. Pomyśleliśmy też o niezbędnej pomocy na tak trudną wyprawę – o 7:00 jesteśmy na Mszy św. w Sanktuarium na Krzeptówkach. Kościół i jego okolice są po prost piękne. Kto będzie w Zakopanym warto tu wstąpić. Można zobaczyć ołtarz papieski z pod wielkiej krokwi, pomnik papieża patrzącego na krzyż na Giewoncie, przepiękne wnętrze Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej. Wzmocnieni duchowo, a następnie fizycznie dobrym śniadaniem /dzięki wczorajszym zakupom z wujkiem/ startujemy przed 9:00. Plecaki, picie, zaciśnięte zęby i jedziemy. Kierujemy się na Witów, Chochołów i po kilkunastu kilometrach jesteśmy na Słowacji. Po przekroczeniu granicy widać że przyjęcie euro nie wyszło Słowacji na dobre – dużo mniej samochodów, domy biedniejsze, drogi gorsze. Większy ruch jest przy Aqapark Oravice – połowa rejestracji polskich. Mijamy Zuberec i tutaj zaczyna się pierwsza cięższa wspinaczka na trasie około 300 metrów do góry. Fajnie że po wyjechaniu zatrzymaliśmy się w bardzo ładnej restauracji z której możemy podziwiać fajne widoki przy zupce czosnkowej. Gdy my wypoczywamy wszystkich gości porusz nagłe pojawienie się kawalkady samochodów w tym policji, wozów serwisowych. okazało się że akurat mijają nas kolarze biorący udział w wyścigu dookoła Tatr. Oni przejeżdżają tą trasę trochę szybciej niż my:))). W czasie dalszej drodze mijamy kolarzy biorących udział w tym wyścigu mozolnie wspinających się pod górę /my mamy ok. 20 kilometrów w dół i pewnie denerwujemy ich że bez wysiłku jedziemy a oni wylewają siódme poty. Cały czas mamy przepiękne widoki: na Tatry, na Liptowską Marę /największy zbiornik na Słowacji/, tereny przepiękne. Jeszcze dłuższy odpoczynek w Liptowski Hradok i tutaj zapada decyzja próbujemy znaleźć nocleg w Syrbskim Pleso. Niestety nic nie jest za darmo. Od 70-tego kilometra zaczyna się wspinaczka. Jakieś pięćdziesiąt kilometrów praktycznie cały czas w górę. Wspinamy się z poziomu 600m. npm. na 1355m npm. Denerwujące jest że, z powodu gór ciężko ocenić nachylenie terenu, wydaje się że jedziemy po płaskim terenie a ciężko jest jechać z prędkością 25km/h. Dojeżdżamy do Syrbskiego Plesa. Miejscowość przepiękna, tylko problem z tanimi noclegami. Same hotele dla bogatych turystów. Udaje nam się znaleźć noclegi w ….. nie wiem schronisko, dom turysty – za 20 euro od osoby. Pomimo że z zewnątrz budynek wyglądał nieszczególnie to to co najważniejsze było bez zarzutu. Dostaliśmy klucze od piwnicy na rowery, dostaliśmy klucze od świetlicy gdybyśmy chcieli pograć w karty, piłkarzyki lub obejrzeć telewizor, kuchnia dobrze wyposażona, czysto i pokoje duże. Nic więcej nam nie potrzeba. Na recepcji przywitał nas pan który gdy pokazał po jakich górach codziennie jeździ to nam szczęka opadła i na dodatek zachęcał nas do jazdy w zimie na rowerze /on jeździ po tych górach/. Dodatkowo podbudowały nas plakaty związane z Tour de Pologne. Okazało się że w 3/4 przejechaliśmy trasą piątego etapu tego wyścigu /Zakopane – Styrbskie Pleso/. Na minus dzisiejszego dnia – nie udało się zrobić zakupów. 26.07.2014 Wyspani wstajemy rano. Niestety ponieważ wczoraj nie mogliśmy zrobić zakupów startujemy bez śniadania. Objeżdżamy wokół jezioro Styrbskie Pleso i gdy mija 7:00 jedziemy do sklepu na śniadanie. Jedzenie w warunkach polowych – tak jak lubimy. Bułeczki, pasztecik, wędlinka, owoce – sami robimy sobie kanapki. Trzeba się przygotować a górki dadzą nam popalić. Dzisiaj \”tylko\” 80 kilometrów. Pierwsze trzydzieści jest super. Tylko w dół bawimy się w wyprzedzanie 40-50-60 km/h. – rewelacja. Oczywiście jak zawsze nie może być tylko \”super\” – zaczynają się górki. Temperatura zdecydowanie nie sprzyja wysiłkowi, a podjazdy jak są krótkie to znaczy np. 3 km. w górę a zdarzają się i 10 kilometrów cały czas pod górkę. Udaje nam się dojechać bez przeszkód i nawet z odbrobiną szczęścia – w Zakopanym padało a my przyjechaliśmy może 30 min. po burzy. Szczęśliwie zakończyliśmy trasę ok. 200km. Obiad na Krupówkach /tanio i dobrze/ i zostaje nam dwie godz. do Mszy o 16:00. Prysznic u wujka Henia, pakowanie i zapada decyzja jedziemy w kierunku na Dębicę a postaramy się zdążyć na Mszę św. do Tuchowa. Dzięki szwagrowi, pomimo małych problemów z remontem w Nowym Sączu udaje nam się zdążyć na 18;30 do Tuchowa. Niezwykle udana wyprawa. Wszystko zrealizowane. Widoki przepiękne, wysiłek spory i dzięki temu satysfakcja jeszcze większa:)
Święty Krzyż
Do kalendarza PTG Sokół Dobrków wchodzi dłuższy wyjazd w połowie września. W tamtym roku niezapomniany Lwów a tego roku padła propozycja dwudniowej wyprawy do św. Krzyża. Okazało się że 14.09. jest święto Podwyższenia Krzyża i w Bazylice na Łysej Górze natrafimy na zakończenie tygodniowego odpustu. Wyruszamy 14.09 w sobotę o 7:00 spod kościoła w Dobrkowie, temperatura nie jest najwyższa, ale 10-cioro pielgrzymów z uśmiechem na twarzy rozpoczyna pielgrzymkę, nie zniechęciły nas nawet kłopoty z samochodem który nam miał towarzyszyć, po rozwiązaniu problemów z bagażami jedziemy. Trasa wiedzie mniej uczęszczanymi drogami przez Czarną, Żarówkę, Szczucin do Pacanowa. Wszyscy znamy to miasto dzięki Koziołkowi Matołkowi i funkcjonującemu tu „Europejskie Centrum Bajki im. Koziołka Matołka”. Po przybyciu do tego miasteczka zobaczyliśmy tłum ludzi którzy przybyli na słynny, mający wielowiekową tradycję odpust św. Marcina w Sanktuarium Jezusa Konającego które od 2008r. posiada tytuł bazyliki mniejszej. W tym dniu miały tutaj także miejsce powiatowe dożynki a Msze Św. odprawił bp Antoni Dziemianko z Białorusi. Niestety nie mogąc poświęcić temu wydarzeniu kilku godzin po krótkim nawiedzeniu pięknego kościoła ruszyliśmy dalej. Jadąc przez Oleśnicę i Sielec dojechaliśmy do następnego znanego miejsca na naszej trasie: Kurozwęki.Znajduje się tutaj jedyna w Polsce hodowla bizonów amerykańskich oraz zespół pałacowy. Brak czasu znowu pozwolił nam tylko na krótki pobyt. Jedziemy następnie nieopodal jeziora Chańcza, przez Raków, Łagów i przed Nowią Słupia skręcamy do Trzcianki do gospodarstwa agroturystycznego Pani Stanisławy Gołdeckiej. Tutaj spędzimy noc, ale po przyjeździe niezwłocznie ruszamy do celu naszej pielgrzymki – szlakiem czerwonym, pieszo idziemy na górę do Sanktuarium. W kaplicy gdzie znajdują się relikwie drzewa Krzyża św. uczestniczyliśmy w adoracji, błogosławieństwie relikwiami oraz mogliśmy je ucałować. Opiekujący się nimi księża oblaci przybliżyli historię samego Sanktuarium jak i relikwii. Dotarliśmy do miejsca które było w Polsce głównym celem pielgrzymek do XVII wieku. Tutaj wielokrotnie pielgrzymowali królowie a w szczególności Władysław Jagiełło m.in. przed bitwa pod Grunwaldem. Spoczywa tutaj wielki hetman Jeremi Wiśniowiecki. Zadowoleni że mogliśmy odwiedzić to miejsce i oddać hołd znajdującym się tutaj fragmentom Krzyża na których konał Jezus wracamy na nocleg. Udało nam się zejść szlakiem po zmroku bez kontuzji. W gospodarstwie gospodarze mieli przygotowane miejsce na ognisko i drewno więc mogliśmy zjeść na kolację pieczoną na ognisku kiełbaskę i jeszcze raz w rozmowach przeżyć ten bogaty w wydarzenia dzień. Rano bez zbędnego ociągania siadamy na rowery i wyruszamy w drogę. Trasa powrotna pozwala nam zwiedzić kolejne ciekawe miejsce – zamek Krzyżtopór. Będąc tutaj nie możemy odmówić sobie zwiedzenia tego miejsca. Kolejnym miejscem które odwiedzamy to Sulisławice. Jest to najchętniej odwiedzane Sanktuarium Maryjne w diecezji Sandomierskiej z cudownym obrazem Matki Bożej Bolesnej. Odwiedzamy również znajdującą się w zabytkowym kościele izbę pamięci partyzantów z słynnego oddziału AK Jędrusiów. Jadąc dalej postanawiamy przekroczyć Wisłę przez most kolejowy w miejscowości Zaduszniki. Niestety Podkarpacie wita nas deszczem i do Mielca dojeżdżamy przemoczeni. Na szczęście deszcz nie pada zbyt długa i dalej możemy jechać przez Podleszczany do Przecławia. Tutaj podziwiamy piękny pałac odpoczywając w parku. To już ostatni dłuższy odpoczynek na trasie. Wracamy do domu, pełni wrażeni, zadowoleni z przejechania ponad 260 km., pod wrażeniem przeżyć religijnych jak i pięknych miejsc naszego kraju które zobaczyliśmy.
Rzym2014
Rzeszów – Rzym 26.04. – 12.05.2014r. – 1900 km. Ostatnie spotkanie przed wyjazdem. Plany są takie: <em>\”Do przejechania /bez błądzenia i dodatkowych podjazdów 1800 km./, Jedzie 75 osób w tym dwóch księży i dwa Sokoły :))). 12 dni jazdy /po dziewięciu dniach – dzień odpoczynku w Wenecji:)/. Czwartek 8.05 wieczorem przyjeżdżamy do Rzymu. Dwa całe dni zwiedzania Watykanu i Rzymu. Prawdopodobnie w Niedzielę 11.05 będziemy uczestniczyć w modlitwie Anioł Pański na Placu św. Piotra /można wypatrywać transparent/. Może odwiedzimy Monte Cassino – mam taka nadzieję – tydzień po naszym pobycie wypada 70 rocznica bitwy. Koszt pielgrzymki ok. 3000zł. Za ta kasę dostajemy: dwie koszulki, spodenki, bandana, jedzenie /cztery posiłki/, samochody /pewnie ze trzy/, noclegi, ubezpieczenia, powrót autokarami. 19.04. Został tydzień do wyjazdu. Mam nadzieję że kondycji wystarczy. W ramach treningu przejechane ponad 500 km., dużo więcej już się nie da nabrać sił. Przed nami Karpaty, Alpy i Apeniny. Z analizy map wynika że największy podjazd w Słowenii 900m w górę – to jakieś 5 razy Południk :(((. Podziękowania dla \”trenerów\” którzy ze mną jeździli. 26.04 Start pielgrzymki z Rzeszowa z Katedry na ul. Sokolej. Pielgrzymkę rozpoczęto Mszą Św. o 7:00. O 8:30 po licznych wywiadach dla radia i telewizji wyruszyliśmy w drogę. Trasa przebiegała przez Prządki, Krosno i o 15:00 byliśmy na granicy. Koronka i opuszczamy nasz kraj. W Słowacji po przejechaniu 85 km. jesteśmy na kwaterze. Śpimy w hotelu przy szkole. Niestety wypełnienie deklaracji dla obcokrajowców, oczekiwanie na klucz i w pokoju jesteśmy o 20:00. Łącznie przejechaliśmy 170 km. Wszyscy w dobrej formie pomimo kilku sporych podjazdów: Prządki, Barwinek i kilka w Słowacji. Żadna część ciała nie boli zbytnio. Mieszkamy w trójce – skład z okolic Dębicy. Teraz kolacja, apel, kąpiel i spanie. Jutro ok. 140 km. do przejechania. Na koniec pozdrowienia od Krzyśka z Glinika, Rysia z Dobrkowa i od Roberta z Dębicy. 27.04 Rano pobudka o 5:10. O 6:00 na rowerach jedziemy do przepięknej katedry w Vranov. Wczoraj na Apelu Jasnogórskim był proboszcz tej parafii i zaprosił nas na poranną Mszę Św.. Msza była odprawiana w dwóch językach: po słowacku i polsku. Nasza grupa robi ogromne wrażenie na wiernych ze Słowacji. Wspólnie modlimy się za nowych Świętych i odpowiadamy na wiele pytań. Bariera językowa nie stanowi problemu. Po zakończeniu nabożeństwa wracamy na śniadanie i wyruszamy na trasę. Po 10 kilometrach pierwszy podjazd nazywany \”Stara Baska\”. Okazuje się nie tylko stara, ale i wredna :). Dwa podjazdy. Pierwszy z ok. 200m na 300m npm i po zjeździe na 250m wspinaczka na 660m. Dały nam popalić. Zjazd znowu na ok. 200m i już dzisiaj bez większych górek. Po ok. 60 km docieramy do granicy słowacko – węgierskiej. Niestety zaczyna dosyć mocno padać deszcz. Czekamy chwilę, ale niestety noclegi też czekają i musimy ruszać, przed nami jeszcze 80 km. Zaraz za granicą spotykamy policję, ale jak przystało na naszych bratanków nie dają nam mandatu tylko przez całą drogę eskortuje nas dwa radiowozy, a na rondach nawet cztery. Trochę zmieniają nam trasę, ale bezpiecznie docieramy do Miszkolca. Tutaj kolejne miłe zaskoczenie – standard hotelu dwie klasy wyżej niż na Słowacji, a na dodatek nasze kucharki przygotowały nam pyszne schabowe z ziemniaczkami i surówką. Zadowoleni, uśmiechnięci, odświeżeni i trochę już obolali mamy kilka godzin na odpoczynek. Tradycyjnie o 21:00 Apel Jasnogórski i ogłoszenia. Jutro też nas będzie eskortowała policja i zmienili nam trochę trasę – można się spodziewać ok. 200 km., a to trzeci dzień, podobno najtrudniejszy dla organizmu. Pozdrawiamy z pielgrzymiej trasy wszystkich śledzących naszą drogę z Rzeszowa do Rzymu. 28.04. Pobudka tradycyjnie o 5:10. O 6:00 Msza Św. na korytarzu hotelowym. Śniadanie, ogłoszenia – dzisiaj odcinek ok. 190 km. ale po płaskim. Policja pojawia się i wyjeżdżamy o godzinie 8:00. Niestety okazało się że jednak to nie będzie płaski odcinek. Przez pierwsze 100 km ciągle mamy w górę i w dół. Kilku pielgrzymów musi zaliczyć odcinki pielgrzymki pieszej do Rzymu. Nasza trójka dzielnie wyjeżdża na wszystkie wniesienia. Trudy rekompensują nam przepiękne widoki w szczególności na słynne węgierskie winnice. W międzyczasie wzrosła temperatura do 28 stopni i świeci mocno słońce. Rano ostrzegali nas przed burzami więc cieplej się ubraliśmy. Tempo jazdy trochę spada przez górki i dodatkowo radiowóz prowadzący utrudnia nam zjazdy – nie można się zbytnio rozpędzić i część kolejnego podjazdu pokonać z rozpędu. Po stu kilometrach dodatkowo zaczyna kropić i straszy nas burza więc na obiad jedziemy kolejne 40 km. Obiad po przejechaniu 150 km smakuje wybornie i pozwala trochę zregenerować siły Do kwater zostaje jeszcze ok. 40 km oczywiście po płaskim – o tak ze dwa wzniesienia i tyle 🙂 Obiad i perspektywa kąpieli i spania pozwala nam w miarę szybko dojechać pomimo w części słabej nawierzchni /dziury/. Policja chyba specjalnie wybrała takie drogi, ponieważ są mniej uczęszczane. Dojeżdżamy do miejscowości Vac przed 20:00 i jeszcze na dodatek śpimy w trzech różnych miejscach. Apel Jasnogórski rozpoczyna się z 30 min. opóźnieniem. Nasza trójka pomimo dużego wysiłku pokonała dzisiejszy etap w dobrej kondycji i czekamy na kolejne dni. Dowiadujemy się że jutro mamy zaproszenie na Mszę Św. od ojca prowincjała węgierskich Paulinów. Żeby zdążyć na nią musimy o 5:50 spakowani pojawić się na śniadaniu, żeby na 7:00 zdążyć na prom na Dunaju. Msza ta była zaplanowana wcześniej i został przez naszą pielgrzymkę zaproszony również premier Węgier. Pewnie z powodu licznych zajęć się nie pojawi, ale nigdy nic nie wiadomo – może np. wyśle przedstawiciela – więc my musimy zdążyć na czas. Zmęczeni, ale ciągle mocni ciałem i coraz mocniejsi duchem pozdrawiamy. 29.04. Dzisiaj pobudka o 4:45. Mycie, pakowanie i jeszcze musimy z bagażami kawałek podejść na śniadanie które mamy o 5:50. Jemy, krótka modlitwa i wsiadamy na rowery o 6:40. Przeprawa promem przez Dunaj i 40 km. do głównej Bazyliki na Węgrzech Esztergom. Tutaj mamy przez organizatorów przygotowaną Mszę Św. w intencji narodu polskiego i węgierskiego na której pojawiła się delegacja motocyklistów węgierskich, którzy często odwiedzają Jasną Górę. Msze w językach polskim i węgierskim celebrowali dwaj nasi księża oraz ojciec Bator Botond prowincjał miejscowego zakonu Paulinów. Na Mszy Św. wspominaliśmy także naszego kolegę Śp. Jurka Chęćka. Po zwiedzeniu tego ważnego dla Węgrów miejsca jemy obiad i wyruszamy w eskorcie motocyklistów węgierskich w dalszą drogę. Znowu przekraczamy Dunaj i wracamy na Węgry, wcześniej mogąc przez ok. 80 km podziwiać dolinę Dunaju. Cały etap liczył niecałe 150 km i o dziwo policja węgierska eskortowała nas tylko ostatnie 10 km przed noclegami w akademikach w miejscowości Gyor. Śpimy w akademikach w trzyosobowych pokojach.Trochę problemów organizacyjnych – szukamy miejsca żeby na noc schować rowery i problem z rozdysponowaniem kluczy, ale 19:30 jesteśmy w pokojach. Studenci tutaj chyba mają większy rygor – akademik zamykają o 21:00. Musimy prosić portiera, żeby nas puścił po kolacji i apelu. Po dzisiejszym odcinku dalej jesteśmy zadowoleni, boli wszystko zgodnie z planem, można jechać dalej :). Pozdrowienia z Gyor dla wszystkich czytających. 30.04. Dzisiaj pobudka 6:20 więc dużo więcej snu :). 6:30 Msza Św. na korytarzu akademika i potem mamy czas na toaletę, pakowanie, wyciągnięcie rowerów, a nawet na spacer nad Dunaj. Wyjazd o 9:00 – o tej godzinie przyjeżdża policja. Chyba i policji i nam coraz lepiej idzie wspólna jazda. Oni na sygnale wyjeżdżają na skrzyżowanie, a my szybko je przejeżdżamy nie patrząc na inne samochody. Dzisiaj przeżywamy ciągłe zmiany długości trasy: rano dowiadujemy się że policja dołożyła nam do trasy 30 km. i z krótkiego odcinka 110 km. robi się średni 140, po 100 km. dociera informacja, że jednak policja poprowadziła nas jeszcze inną drogą i zostało do końca 15 km., po przejechaniu 20 km. okazuje się że zostało jeszcze 20. Dzisiaj płasko i takie zmiany długości nie przeszkadzają nam – jedziemy dalej. O 17:00 jesteśmy na kwaterze. Warunki w pokojach słabe, łóżka piętrowe, wspólna łazienka. To także nie jest nam w stanie zepsuć humoru. Dodatkowo urządzone wspólne śpiewanie piosenek poprawia nam humory jeszcze bardziej. Jutro opuszczamy Węgry, odwiedzamy Austrię i na noclegi jedziemy do Słoweni. Trzy kraje w jeden dzień, jedyny problem to to, że zaczynają się górki. Wszyscy coraz bardziej zadowoleni i opaleni, coraz to mniej zwracają uwagę na ból. Pozdrowienia ze słonecznych Węgier. 01.05. Święto pracy. Dzisiaj wstajemy o 5:50 – muszę uważać ze wstawaniem, bo śpię na piętrowym łóżku na górze. Toaleta, pakowanie i o 6:30 Msza Św. w pięknej scenerii wśród zieleni przed internatem. Śniadanie i o 8:30 wyjazd, oczywiście w asyście policji, która już na nas czeka. Dzisiaj prowadzą nas dwa motory i radiowóz. Węgierska policja doszła do perfekcji w prowadzeniu: przodem jadą dwa motocykle, na sygnale wjeżdżają na skrzyżowanie lub rondo i jeden zostaje blokować wjazd innych pojazdów, a nasza 75 osobowa grupa przejeżdża je. Doszło do tego, że zatrzymują samochody jadące w przeciwnym kierunku. Niestety tradycyjnie dołożyli nam 15 km. Po 40 km docieramy do granicy austriackiej. Tutaj ostatnie pożegnanie z eskortą policji i wjeżdżamy do \”bogatszej\” części Europy. Widać ogromną różnicę w wyglądzie domów i co dla nas ważniejsze w jakości dróg. Super się jedzie. Robimy przerwę na drugie śniadanie. Opuszczamy Austrię i wjeżdżamy do Słowenii. Widać różnicę asfaltu. Dzisiaj jeszcze raz wjeżdżamy do Austrii, jeszcze jemy tu obiad i znów przekraczamy granicę. Teraz na dobre zagościliśmy w Słowenii – mamy tutaj trzy noclegi. Słowenia wita nas deszczem i przepięknymi widokami gór /ciekawe czy nie trzeba ich pokonywać rowerem/. Na szczęście deszcz szybko przestaje padać. Musimy pokonać dzisiaj kilka wzniesień, może nie największych, ale podwyższenia nawet 100m po przejechaniu 100 km dają się we znaki. Najtrudniejsze jest ostatnie wzniesienie przed Mariborem, bo musimy pokonać ok 300m w górę, ale widoki nam to rekompensują. Jeszcze szybki zjazd i już jesteśmy w naszym hotelu. Warunki mamy fajne, lokalizacja jeszcze lepsza w samym centrum tego pięknego miasta. Z powodu tej lokalizacji mamy także problemy – nie pozwolono nam rozłożyć naszej kuchni polowej /ale i z tym sobie poradziliśmy/. O 21:00 jesteśmy po kolacji. Apel, ogłoszenia parafialne – jak mówi nasz Prezes i jeszcze jest czas wyjść na miasto. Dzisiaj przejechane 150 km, forma ducha i ciała dobra. Byliśmy dzisiaj w trzech krajach, cztery razy przekraczaliśmy granicę. Pozdrawiamy w święto pracy. My ostro pracujemy nas sobą. 02.05. Nie wiem co napisać o dzisiejszym dniu… Zdecydowanie był zarówno bardzo zły i bardzo dobry. Najpierw ponarzekam: wcześniejsze przemoczenia i przewiania odbiły się na zdrowiu – wstałem z lekkim przeziębieniem. Czułem słabość. Trasa miała być z lekkimi wzniesieniami – one były lekkie jak na Słowenię. Na pierwszych 40 km mieliśmy same lekkie wzniesienia – żadne nie przekroczyło 200m w pionie, ale nachylenia 10%, 14%i 18% robiły wrażenie. Następnie łatwiejszy, ale długi podjazd i jesteśmy na najwyższej dzisiaj wysokości ok. 450m. Po 80 – tym kilometrze interweniowała policja po telefonach kierowców, którzy mieli pretensję, że trudno nas wyprzedzić /jechaliśmy w siedmiu 10-cio osobowych grupach/. Gdy dowiedzieli się że jedziemy z Polski to się trochę zdziwili, gdy się dowiedzieli, że jedziemy do Rzymu to zdziwili się jeszcze bardziej. Mimo tego zawrócili nas z głównej drogi i kazali jechać drogą krótszą. Takiego stwierdzenia należy w Słowenii się bać. Oczywiście okazało się że musieliśmy pokonać długi podjazd – różnica wysokości ok. 300m. Niestety dopadła nas także trzy razy burza. O ile dwie pierwsze były mniej uciążliwe to trzecia dała nam się we znaki. Nie dość, że lało solidnie to temperatura spadła do ok. 10 stopni. W takiej ulewie jechaliśmy ostatnie 20 km. a ponieważ noclegi mieliśmy zamówione w trzech różnych miejscach czekaliśmy przemoczeni jeszcze godzinę w hotelu. Warunki też nie najlepsze : piętrowe łóżka i brak ciepłej wody /bojler nie \”wyrabiał\”/. A dlaczego mimo tych wszystkich przeciwności zastanawiałem się czy ten dzień nie był najlepszy z dotychczasowych??? Rano mieliśmy o 6:30 Mszę Św. w przepięknej Bazylice w Mariborze. Język słoweński jest wyjątkowo łatwy do zrozumienia /nawet łatwiejszy niż słowacki/. Słoweński ojciec franciszkanin odprawiający Mszę tylko się uśmiechał, gdy on odprawiał nabożeństwo po słoweńsku, a my odpowiadaliśmy mu po polsku. Z 10-ciu godzin jazdy przez osiem było słonecznie. Ciężko wyobrazić sobie jakie widoki podziwialiśmy: przepiękna zieleń, a w tle Alpy. Niesamowicie wyglądała dolina rzeki Sawa. Czuliśmy się jak w dolinie Dunajca tylko góry z obu stron trochę wyższe 🙂 Mam łóżko /co prawda piętrowe/, jadę do Rzymu, dzisiaj podziwialiśmy naprawdę przepiękne widoki, wszyscy trzej przejechaliśmy cały 150-cio kilometrowy etap na rowerze w dobrej kondycji – to był naprawdę udany etap. Oczekując z pewną obawą na jutrzejszy etap ciekawy jestem jak rano będzie wyglądało moje zdrowie i oczekując na Alpy /różnica wysokości 2-3 razy wyższa niż do tej pory/ – pozdrawiam ze stolicy Słowenii Lublany. 03.05. Dzisiaj był dzień, którego bardzo żeśmy się obawiali. Przejazd przez Alpy, pokonanie najwyższego wzniesienia na trasie /ok. 900m npm./. Jednak dzisiejszy odcinek przejechaliśmy nadspodziewanie sprawnie, ale wszystkie dzisiejsze wydarzenia stały się mniej ważne, ponieważ jeden z członków naszej grupy – brat z okolic Warszawy – zakończył ziemskie pielgrzymowanie. Tragedia ta spotkała nas już po pokonaniu najwyższych wzniesień, 20 km. przed zakończeniem dzisiejszego odcinka. Brat ten był jednym z najstarszych uczestników – miał ponad 70 lat, pokonał rowerem wiele szlaków, całą Europę, a nawet Azję. Bardzo chciał odbyć z nami pielgrzymkę do Rzymu. Już siły nie pozwoliły mu na przejechanie trudniejszych odcinków rowerem. Po zjeździe na przerwie zasłabł – pomimo naszej szybkiej reakcji /jedzie z nami zarówno lekarz jak i przeszkoleni ratownicy/, szybkiego przyjazdu służb słoweńskich nie udało się go uratować. Cóż mogę poza tym napisać: wyjechaliśmy na ok. 900 m npm. Alpy przepiękne, zdjęć mało, ponieważ było zachmurzenie i słabsza widoczność. Mieszkamy w dobrych warunkach w Nowej Goricy. kondycyjnie wytrzymaliśmy wszyscy trzej dzisiejszy odcinek bardzo dobrze – nikt z naszej trójki nie korzystał z samochodu tylko o własnych siłach pokonał Alpy. Jutro etap do Wenecji. I to by było na tyle w tym smutnym dla nas dniu. 04.05. Dzisiaj mamy wjechać do szóstego państwa na naszej pielgrzymiej drodze. Spaliśmy w domu studenckim jakiś kilometr od granicy włoskiej. Jeszcze bliżej byliśmy w czasie Mszy Św. która była w kościele ojców franciszkanów kilkadziesiąt metrów od granicy. Wczoraj Msza była odprawiana tylko przez \”naszych\” księży, natomiast dzisiaj już była planowa niedzielna Msza Św.i oczywiście odprawiona w dwóch językach: polskim i słoweńskim. Kościół położony w przepięknym miejscu, na górze z pięknymi widokami ośnieżonych szczytów Alp. Jest tu prawdopodobnie kaplica z grobowca Burbonów /muszę to sprawdzić/. O 9:00 wyjazd. Dzisiejszy odcinek o długości 150 km do Wenecji miał być płaski i lekki. Po raz kolejny dostaliśmy lekcję rozbieżności pomiędzy planami, a rzeczywistością. Odcinek faktycznie płaski, ale wiał taki paskudny wiatr, że ledwo utrzymaliśmy prędkość 20 km/h. Towarzyszył nam także przez większość dnia przepiękny widok ośnieżonych Alp. Po wyczerpującej trasie dotarliśmy na nocleg w Wenecji. Niestety dzisiaj już za późno na zwiedzania, a jutro dzień wolny. Więcej o kanałach, gondolach i Wenecji jutro. Wszyscy wciąż w dobrej formie pozdrawiamy wszystkich śledzących naszą pielgrzymkę. 05.05. Dzisiaj dzień wolny. Msza Św. o 8:00, śniadanie i wyruszamy całą grupą zwiedzać Wenecję. To miasto ma dwa zupełnie odmienne oblicza. Całkiem inaczej wygląda z lądu – to plątanina uliczek w większości o szerokości ok. pół metra. Z powodu kanałów i mostów nad nimi często jesteśmy zmuszeni skręcać, a nie jeden raz zawrócić, gdy trafiamy na ślepą uliczkę i oczywiście Plac św. Marka, który robi ogromne wrażenie. Całkowicie inaczej wygląda miasto widziane z wody. Przepiękne fasady kamienic /pałaców/ weneckich kupców, kanał Grande należy obowiązkowo przepłynąć. My zakupiliśmy bilet pozwalający pływać 12 godzin tramwajem wodnym i to był dobry wybór. Przepłynęliśmy Grande Kanał kilka razy, opłynęliśmy główną wyspę Wenecji od strony morza, podziwialiśmy ogromne wycieczkowce /zaskoczyła mnie ich wielkość/. Po wspólnej modlitwie na placu św. Marka znowu wsiedliśmy do vaporreto i ruszyliśmy na dalsze wyspy: Murano i Burano – te wyspy mają zupełnie inny klimat. Jest tu więcej przestrzeni, więcej zieleni i mniej turystów, a na pewno są warte zwiedzania. Weszliśmy też do mniej znanych kościołów, które okazały się perełkami. Wenecja zasłużyła na swoją sławę. Jutro znowu siadamy na rowery i udajemy się do Rimini – ok 200 km. – wzdłuż wybrzeża Morza Adriatyckiego – pytanie tylko czy będzie wiało ??? Pozdrawiamy wszystkich śledzących naszą pielgrzymkę. Dzisiaj po raz pierwszy skorzystaliśmy z podwiezienia 🙂 06.05. Wenecja – Rimini. Msza Św. o 6:00, śniadanie i 8:00 wyjazd. Na trasie nic ciekawego się nie działo aż do 120-tego kilometra, kiedy to odwiedził nas na obiedzie polski ojciec Paulina z Ravenny i zaprosił nas na chwilkę do katedry, którą się ci księża opiekują. Oczywiście skorzystaliśmy z zaproszenia szczególnie że znajduje się w w tej katedrze sławna płaskorzeźba Maryi słynąca cudami. My też zostaliśmy nagrodzeni za tą decyzję. 15 min adoracji zwróciło się nam z nawiązka. nie dość, że droga była krótsza od wybranej przez nas, to jeszcze okazało się że gdybyśmy nie wstąpili do katedry to wpadlibyśmy na remont drogi i co najmniej kilkanaście kilometrów musielibyśmy nadłożyć. Po sprawnym wyjechaniu z Ravenny natrafiliśmy na włoskich Carabinieri. My jako już doświadczeni pielgrzymi rowerowi nie mieliśmy sobie nic do zarzucenia. Jechaliśmy ładnie gęsiego nie utrudniając ruchu. Okazało się że Włosi chcieli nam pomóc i przysłali nam dwa radiowozy, żeby nas eskortowały. Przez 1,5 godziny jechały z nami te radiowozy nie przepuszczając jednego samochodu naszym pasem, a trasa była ruchliwa jak np. nasza czwórka. można sobie wyobrazić jaki powstał korek. W końcu bardziej z litości dla kierowców niż ze zmęczenia zjechaliśmy na odpoczynek i potem pojechaliśmy inną drogą. Mieszkamy kilkaset metrów od morza, ale nie ma czasu na zwiedzanie. Dzisiaj późno przyjechaliśmy, a jutro etap do Asyżu – bardzo trudny i chcemy wystartować o 6:00. 07.05. Rimini – Asyż. Dzisiaj ciężki dzień. Śniadanie o 5:00 o 6:00 wyjazd. Z Rimini pierwsze kilkadziesiąt kilometrów jedziemy nad brzegiem Morza Adriatyckiego. Co nas dziwiło ten fragment dzisiejszego etapu nie był płaski. Oddalaliśmy się kilkadziesiąt metrów od brzegu i już czekał na nas spory podjazd, widoki rekompensowały nam wysiłek. Gdy oddaliliśmy się od morza od razu zaczęła się wspinaczka. I znowu przepiękne widoki na Apeniny. Trasa widokowa ładniejsza niż w Alpach. Bardzo chcieliśmy dotrzeć na Mszę na 18:00 do Asyżu, a tu nie dość że ciężkie podjazdy to jeszcze droga, którą mieliśmy jechać obsunęła się i musieliśmy pojechać inaczej. Jedyna droga jaka nam pozostała to \”Super Strada\” a na niej tunel o długości 3300 metrów z zakazem wjazdu rowerami. A co nam nie wolno ??? – jedziemy, no i po 15 min przyjeżdża policja. Na sygnale wyprowadzają nas z tunelu – ale przynajmniej na dobrą dla nas stronę. Dostaliśmy opie… , my zgodnie z prawdą przyrzekliśmy, że nie wejdziemy już do tunelu. Obeszło się bez mandatu. Jeszcze przejechaliśmy chyba przez dwa tunele, już krótsze /np. 1200m/. Wyjeżdżamy na wysokość powyżej 600 m. Niestety zmiany trasy i znowu nie wiadomo co robić. Jedna grupa zawróciła i pojechała inną droga, a my znowu łamiemy przepisy i jedziemy 5 km autostradą. Tym razem obyło się bez policji. Dzisiaj jest dzień z problemami – kilkanaście osób z przodu jedzie złą drogą i musimy czekać godzinę żeby wrócili. Czeka nas jeszcze długi zjazd i dojeżdżamy przed Asyżem, gdy jest już ciemno, a jeszcze prawie 10 km do noclegu. Asyż możemy pooglądać z odległości – przepięknie podświetlony, robi wrażenie. jedziemy na nocleg prowadzony przez Polkę ze Skarżyska. Szybka kolacja i Msza o 22:30. Idziemy spać i co najgorsze jutro też nie pojedziemy do Asyżu, bo chcemy zdążyć do Rzymu – mamy pozwolenie na wjazd rowerami do Watykanu.<strong><br /></strong></p>\r\n<p>Dzisiejszy odcinek był bardzo ciężki. Zrobiliśmy prawie 200 km, widoki chyba najładniejsze jak do tej pory. Góry, podjazdy, zjazdy, błądzenie – to zapewne nie był nudny dzień. 08.05. Asyż – Rzym. Ostatni dzień jazdy na rowerze. Msza Św. o 6:00, szybkie śniadanie i wyruszamy do Rzymu. W ostatniej chwili została zmieniona trochę trasa, bo zamiast na nocleg kierujemy się w Rzymie do Watykanu. Pierwsze 40 km bez większych podjazdów, za to potem kilka bardzo trudnych. Jeden nawet chyba ze 20% – zdecydowana większość musi prowadzić rowery. Były też długie podjazdy, serpentyny i musieliśmy wylać trochę potu. Trasa znowu przepiękna. Problem z samochodami /gdzieś się zgubiły/ opóźnia nas to o godzinę, przed Rzymem czekamy na eskortę policyjną – nie przyjeżdża, więc jedziemy sami. jest 19:00, a jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, wymusza to na nas zmianę planów – jedziemy na nocleg. Wjeżdżamy do Rzymu, prowadzącym padły Gps, robi się ciemno. Żeby jak najszybciej dotrzeć na nocleg wjeżdżamy na Autostradę, mamy przejechać do kolejnego zjazdu. Jeszcze nie przejechaliśmy tych kilku kilometrów a zjawia się policja. Wykrzyczeli się na nas, mieli rację: jazda rowerami po zmroku po autostradzie nie należy do najmądrzejszych posunięć. W końcu po dyskusji zdecydowali się nas eksportować do miejsca zakwaterowania w Domu Polskim. Docieramy na miejsce ok. 22:00, prowadzeni przez krzyczących policjantów :)). Idę spać jutro pewnie małe podsumowanie. 09.05. Pierwszy dzień zwiedzania Rzymu. Dzisiaj podziwiamy zabytki Rzymu. Oprowadza nas bardzo fajna przewodniczka – Polka z Lubelskiego mieszkająca od 20 lat w Rzymie. Dzisiaj zwiedzamy trzy z czterech Bazylik papieskich. Św. Piotra i Watykan zostawiamy na jutro. Papieskie Bazyliki robią ogromne wrażenie, ilość i jakość rzeźb, obrazów, kolumn, mozaik, witraży …… niesamowite. Jak można opowiedzieć wrażenia z podziwiania Bazyliki na Lateranie, która jest najważniejszym kościołem na świecie, wiele lat był stolicą Papieży. Tu znajdują się czaszki Św. Piotra i Pawła, tutaj pokonaliśmy na kolanach schody, którymi Jezus szedł na sąd do Piłata. Jak opisać wrażenia z Bazyliki Santa Maria Maggiore, w którym znajdują się relikwie żłobka Betlejemskiego i gdzie można cały rok śpiewać kolędy, my zaśpiewaliśmy \”W śród nocnej ciszy\”. Co można napisać o Bazylice Św. Pawła za murami, gdzie znajduje się grób tego apostoła. Każdą z tych świątyń można oglądać godzinami. Dzisiaj też zobaczyliśmy Coloseum. Stwierdziliśmy, że dość zwiedzania i trzeba odrobić wczorajsze zaległości. Wracamy do Domu Polskiego, szybka zmiana strojów na kolarskie i jedziemy rowerami na Plac Św. Piotra, nie wszyscy zdecydowali się ruszyć z nami ze względu na późną porę i mając w pamięci wczorajszą jazdę po zmroku /jest już 18:00/. Dojeżdżamy po godzinnej jeździe do celu, jest to nasze siódme państwo na trasie, policja wpuszcza nas na Plac Św. Piotra z rowerami – co nie jest regułą. Wreszcie jesteśmy u celu, każdy z nas przeżywa chwile wzruszeń, radości – takiego ukoronowania tylu dni trudu. Śpiewamy sto lat Prezesowi, gratulujemy sobie nawzajem dotarcia do celu. Na Placu budzimy sensacje, Polacy i obcokrajowcy gdy dowiadują się skąd przyjechaliśmy proszą o możliwość zdjęcia z nami. Jeszcze fotki i musimy wracać – nie chcemy sprawdzać cierpliwości włoskiej policji. 10.05. Drugi dzień zwiedzania Rzymu /Watykanu/. Dzisiaj zwiedzamy Watykan. Rano wyruszamy kolejką podmiejską i zajmujemy kolejkę po bilety do muzeum Watykańskiego. Miedzy czasie dostajemy informację, że dzisiaj do Bazyliki Św. Piotra wpuszczają tylko do 11:00 z powodu spotkania papieża z dziećmi. Szybko zwiedzamy tylko najważniejsze sale – np. Kaplicę Sykstyńska, wspaniałe rzeźby, obrazy, arrasy. Dzieła zgromadzone robią wrażenie. Można spędzić lata na zwiedzaniu. Dla nas najważniejsza jednak modlitwa przy grobie Św. Jana Pawła II , więc idziemy do Bazyliki. Tu wyszła moja niewiedza, myślałem, że nasz papież spoczywa w kryptach Bazyliki pod białą płyta, a okazało się że od beatyfikacji w 2011 r. spoczywa w jednej z kaplic Bazyliki, a dokładniej w kaplicy Św. Sebastiana, a poprzednią płytę można zobaczyć w Krakowie na Łagiewnikach w Centrum Jana Pawła II. W Bazylice nawiedzamy też grób Jana XX I I I. Podziwiamy też słynną Piete Michała Anioła, kopułę Bazyliki, baldachim pod tą kopułą, a nad grobem Św. Piotra. Ciężko opisać wszystkie cuda jakie zobaczyliśmy. Ale to już się zbliża koniec naszego pobytu tutaj. Jeszcze ostatnie zakupy pamiątek, ostatnie włoskie kawy. Po obiedzie już pakowanie rowerów i jutro jeszcze mamy zobaczyć obecnego papieża Franciszka i odmówić z nim Regina Caeli /Anioł Pański/. 11.05. Dzisiaj opuszczamy Rzym. Wcześniej jednak udajemy się na Anioł Pański na Plac św. Piotra. Chcemy zobaczyć na żywo Ojca św. Franciszka. Na placu już sporo oczekujących. W tłumie najwięcej flag Polski, Brazylii i kilka Argentyny. Oczywiście nasza grupa przyciąga uwagę Polaków. Odmawiamy z papieżem Regina Caeli którą przez kilka wcześniejszych dni ćwiczyliśmy :))). Po modlitwie i wysłuchaniu słów papieża szybciutko na kolejkę i wracamy do Domu Polskiego żeby jak najszybciej wyjechać. Nocleg mamy w hotelu w Mariborze gdzie już spaliśmy 1.05. Przyjeżdżamy ok. 2:00 w nocy. 12.05. Ostatni dzień podróży, ostatni dzień w takim gronie, ostatni dzień tej pielgrzymki …. Na dzisiaj mamy zaplanowaną ostatnią Mszę św. tej pielgrzymki w Sanktuarium w Mariazell – najsłynniejszym miejscu kultu maryjnego w Austrii a nawet w tym rejonie Europy. Spotyka się z nami tutaj zaprzyjaźniony ksiądz, uczestnik wielu pielgrzymek rowerowych Akcji Katolickiej, obecnie pracujący w Austrii. Po nabożeństwie spożywamy ostatni wspólny posiłek na parkingu przed Bazyliką podziwiając piękne krajobrazy z zaśnieżonymi alpejskimi szczytami. Mieliśmy jeszcze odwiedzić Wiedeń a dokładniej Kahlemberg upamiętniający zwycięstwo Sobieskiego pod Wiedniem. Z powodu usterki autokaru /usunięty przez kierowców/ postanawiamy jechać prosto do domu. 17 dni pielgrzymowania. 12 dni na rowerze. Przejechaliśmy ok. 1900km. Przekroczyliśmy Karpaty, Alpy, Apeniny. RELACJĘ UWAŻA SIĘ ZA ZAKOŃCZONĄ
Pustków
🙂
Przeczyca
🙂
Przecław
Długość trasy Dębica – Przecław – Dębica ok 40 km. Trudność: brak – trasa płaska, droga asfaltowa, ruch mały. Trasa dosyć łatwa. W żadnym wypadku nie jedziemy \”mielecką\” drogą. Jedziemy ulicą Kościuszki, przekraczamy Wisłokę i w Zawierzbiu skręcamy w prawo koło sklepu w drogę asfaltową, przejeżdżamy koło Cegielni i dojeżdżamy do Żyrakowa, tutaj kierujemy się na Wole Żyrakowska, Bobrową i Korzeniów. W Korzeniowie możemy obejrzeć dworek. Jedziemy dalej i dojeżdżamy do Przecławia. Zaraz po wjeździe do miasta w parku widzimy cel naszej podróży: Zamek w Przecławiu. Niestety powrót ta sama drogą.
Pacanów
Plan 180 km. /teraz już wiem że się udało :)/. Cała trasa płaska, fajne dróżki, Wyjazd 6:00 i na początek znanymi drogami przez Czarną. W Jaźwinach przejazd przez budowę autostrady A4 i niestety odcinek gorszych dróg, na szczęście tylko do Nowej Jastrząbki. Postój w Luszowicach – bardzo ładny kościół pw. św. Józefa. Po krótkim odpoczynku kierunek Dąbrowa Tarnowska, a następnie malowana wioska – Zalipie. Warto odwiedzić. Po obejrzeniu Domu Malarek w Zalipiu czas na dalszą podróż i przekroczenie Wisły. Rzekę tą przekraczamy w Borusowej i tu kolejna atrakcja płyniemy promem /cena 1zł od osoby/. Niestety teraz przed nami krótki odcinek drogą krajową nr 79 i dojeżdżamy do Nowego Korczyna. Można obejrzeć kościół św,. Stanisława Biskupa. Następnie dalej DK 79 2km i wreszcie skręcamy na boczne drogi. Zaskakują nas długie, bardzo długie proste odcinki i dobry stan asfaltu. Po drodze widzimy pomnik ku czci Batalionów Chłopskich który przypomina nam o walkach na kielecczyźnie podczas drugiej wojny światowej. Stąd już kilka kilometrów i jesteśmy w Pacanowie. Na każdym kroku i w każdym sklepie widać koziołki – fajnie że mieszkańcu potrafią wykorzystać reklamę z bajki którą wszyscy znamy. Po dłuższym postoju jedziemy dalej /oj zaczyna boleć siedzenie – nie mylić z siodełkiem/. Przez Oleśnicę dojeżdżamy do Połańca. Ładny rynek, kopiec Kościuszki upamiętniający nadanie Uniwersałów Połanieckich i kolejny prom przez Wisłę /tym razem 2zł od osoby/. Teraz chcemy tylko dojechać do domu:( Jedziemy w kierunku Mielca wzdłuż Wisłoki /dr nr 983/ Wisłoki nie przekraczamy – dojeżdżamy do Mielca /omijamy centrum/ i dalej jedziemy do Przecławia. Krótki odpoczynek w parku /jak tu jesteśmy jak nie zobaczyć zamku/ i po odpoczynku do Dębicy. Tereny znane, wstępują w nas nowe siły szybkość zwiększona /już czuć dom – można poszaleć/. Cali, zdrowi i bardzo zadowoleni możemy świętować przejechanie tej trasy.
Odrzykoń
Dębica – Gumniska – Głobikowa – Mała – Brzeziny – Jaszczurowa – Cieszyna – Frysztak – przekraczamy Wisłok – Łęki Strzyżowskie – Bratkówka – Odrzykoń – Zamek Odrzykoń – Frysztak – Stepina – Huta Gogołowska – Kamienica Górna – Bączałka – Grudna Górna – Głobikówka – Głobikowa – Gumniska – Dębica
Mała
Długość trasy Dębica – Mała – Dębica ok 40 km. Trudność: stromy podjazd z Gumnisk /asfalt/, w Niedźwiedzie /2-gi wariant/ obok szkoły przy podjeżdżaniu możemy spotkać błoto. 1-szy wariant jest łatwiejsza pod względem wysiłku i orientacji w terenie, jeżeli pojedziemy w kierunku na Grudną należy uważać żeby nie przegapić skrętu w lewo. Wariant przez Niedźwiadę jest trudniejszy i o wiele łatwiej zabłądzić.
1. Przez Głobikówkę Z Dębicy jedziemy drogą asfaltową przez Gumniska do Braciejowej, tutaj skręcamy w prawo na Południk i Głobikową. Znajdziemy tutaj sklep gdzie możemy uzupełnić płyny i chwilkę odpocząć. Musimy się przygotować na dosyć długi i stromy podjazd /3km. droga asfaltowa/, przy wjeździe do lasu mijamy pamiątkowy krzyż upamiętniający walki partyzantów w czasie II wojny światowej. Po dojechaniu na Południk skręcamy w lewo i jedziemy drogą asfaltową, powinniśmy minąć kościół w Głobikowej i wieże przekaźnikową na Kamieńcu na wysokości 454,4 m. npm. (dla przypomnienia Dębica ok. 200m. npm.). Dojeżdżamy do krzyżówki: w lewo na Stasiówke, prosto do Małej w prawo na Grudną. Można zjechać do Małej i tam mamy dwie drogi pod pomnik: obok kościoła, albo lepiej mijamy kościół i szukamy drogi asfaltowej i oznakowaniem /do pomnika/. My wybieramy zazwyczaj jeszcze inna drogę: po minięciu wieży przekaźnikowej skręcamy w prawo i dalej jedziemy w kierunku na Grudną. Droga asfaltowa zamienia się w ziemną. Po przejechaniu ok. 2km. skręcamy w prawo (warto się zapytać czy to droga na pomnik) i grzbietem jedziemy 3km. cały czas prosto, aż wjedziemy na asfalt. Jeżeli wjechaliśmy na asfalt świadczy to o dwóch rzeczach: po pierwsze że nie zabłądziliśmy:), po drugie że za ok. 100m. musimy skręcić w lewo /też asfalt/ Zjeżdżamy w dół i po mniej niż 1km. powinniśmy zobaczyć pomnik. Należy uważać żeby go nie minąć nie znajduje się od bezpośrednio przy tej drodze lecz należy skręcić w lewo, jakieś 200 i DOJECHALIŚMY.
2. Przez Niedźwiadę. Opis zaczynam od przystanku autobusowego w lesie pomiędzy Stasiówką i Głobikową. Od Stasiówki jakieś 500m. przed krzyżówką na Niedźwiadę. Można tutaj dojechać z Dębicy przez Kopaliny, Stasiówkę; albo Wielopolską przez Stasiówkę; albo przez Gumniska, Braciejową. Jeżeli przyjeżdżamy od Stasiówki to przy przystanku skręcamy w lewo /asfaltowa droga/. Jedziemy cały czas główna drogą, asfalt zmienia się na drogę ziemną, przejeżdżamy obok dużego krzyża papieskiego w Niedźwiadzie i dalej po ok 1 km. skręcamy w jedną z dróg w prawo w kierunku na Niedźwiadę. Na pewno uda nam się dojechać do drogi asfaltowej biegnącej przez Niedźwiadę. Teraz musimy poszukać szkoły i dokładnie naprzeciwko szkoły skręcamy z drogi asfaltowej tak żeby mieć szkołę za plecami. Przejeżdżamy obok domów i dalej wjeżdżamy na dosyć szeroką, ziemną drogę. Pierwszy podjazd jest najbardziej stromy, pewne trudności możemy mieć zwłaszcza po opadach. Dalej jest łagodniejszy podjazd, główną drogą jedziemy aż na szczyt. Tutaj powinniśmy zobaczyć pomnik /na następnej górce ok. 5km./. Teraz zjeżdżamy w dół zaraz dojeżdżamy do kamienistej drogi, skręcamy w lewo. Jedziemy ok. 1km i skręcamy w prawo – ostry zjazd w dół, droga zamienia się w drogę asfaltową. Cały czas zjeżdżamy asfaltową drogą, dojeżdżamy do szkoły w Małej. Dojeżdżamy do głównej drogi biegnącej przez Małą. Dalej wybieramy jeden z wariantów dojazdu pod pomnik /patrz wyżej/. w kierunku kościoła, jesteśmy. Innym wariantem przez Niedźwiadę jest skręcenie z drogi Stasiówka – Głobikowa na Niedźwiadę, jedziemy główna drogą asfaltową mijamy szkołę /możemy skręcić tutaj w prawo i pojechać jak wyżej/, dalej mijamy kościół i dojeżdżamy do drogi Mała – Łączki Kucharskie. Skręcamy w prawo i zaraz na początku Małej szukamy drogi asfaltowej w lewo w kierunku na pomnik.
