Beskid

Długi weekend majowy to dobry okres żeby wybrać się gdzieś dalej. Dzięki naszemu koledze Henkowi mamy okazję wyjechać do Zembrzyc w pobliże Suchej Beskidzkiej – pogranicze Beskidu Małego i Beskidu Makowieckiego. 1-4 maja chcemy przeznaczyć na jazdę rowerem, więc 30 kwiecień pakujemy się do samochodu, rowery na dach i kierunek Zembrzyce. Miłe zaskoczenie – super domek, kuchnia i najważniejsze prysznic do dyspozycji. Dotarliśmy wieczorem – więc rano pierwsza trasa. Witamy się z Heniem, Martą, Tereską, Hiacyntą i Franciszkiem. Rano pierwsza wyprawa, 1 maja od czego można zacząć, chyba najlepiej od miejsca gdzie jak mówił Jan Paweł II \”wszystko się zaczęło\” czyli Wadowice. Odwiedzamy katedrę i oczywiście zjadamy po kremówce. Możemy obejrzeć wiele pamiątek po Karolu Wojtyle.  Od chrzcielnicy, gdzie został ochrzczony, po relikwie, przywiezione po jego śmierci . Następny ważny punkt dzisiejszej wyprawy to Laskowiec i Groń Jana Pawła II. Więc jedziemy w kierunku Andrychowa. Po drodze możemy zobaczyć w miejscowości Inwałd miniatury  budowli z całego świata, zamki, katedry, piramidy. Za Inwałdem skręcamy na południe, pierwsze górki, przejeżdżamy przez przełęcz Biadaszowską 438 m npm. Bocznymi dróżkami kierujemy się do miejscowości Rzyki. Tutaj niestety kończy się asfalt, trochę drogami polnymi, trochę na nogach wspinamy się w górę. Wreszcie docieramy na szczyt – Laskowiec 918 m npm. Zwiedzanie Groni Jana Pawła II i jemy pyszną zupkę w schronisku. Ku naszemu zdziwieniu spotykamy tu kilku rowerzystów, a więc nie jesteśmy tu jedyni i chyba można tu wyjechać od drugiej strony. Więc można i zjechać na rowerach w kierunku na Targoszów. Faktycznie cały czas zjeżdżamy rowerami ale wyjechać chyba byłoby ciężko, ale rowerem górskim da się. Po dojechaniu do Targoszowa już tylko asfaltem, …jak miło. Jakby było mało to odbijamy jeszcze żeby obejrzeć kościół w Krzeszowie. Teraz prosto do domku. Było trochę chłodno to podkręcamy tempo z myślą o gorącym prysznicu. Zostaje nam jeszcze zatroszczyć się o brzuchy. Dzisiaj 1 maja więc problem ze sklepami na szczęście jest otwarte \”U Wacka\”, gdzie kupujemy coś na grilla. Prysznic, grill, wspomnienia dzisiejszego dnia, czego można chcieć więcej. Rano pobudka, zerkamy na pogodę i duch w grupie gaśnie. Pada. Jemy śniadanie – dalej pada. Krótka poranna drzemka – dalej pada. Jeszcze chwila obijania się – dalej pada. Wreszcie męska decyzja – pada nie pada o 12:00 wyjazd. Na szczęście deszcz trochę mniejszy a my jedziemy w kierunku Suchej Beskidzkiej. Nie pomogło – nie jest sucho. Dalej jedziemy w kierunku Stryszawy i tutaj wspinamy się na przełęcz Przysłop. Serpentyny, deszcz, pot i wreszcie wyjeżdżamy na wysokość 664m. npm. Mokrzy z zewnątrz i mokrzy od środka z potu podziwiamy widoki na Babią Górę. Jesteśmy tak mokrzy że nawet zjazd nie jest tak przyjemny jak powinien być. Znowu serpentyny – tym razem w dół i wjeżdżamy do Zawoi – największej wsi w Polsce pod względem powierzchni. Jedziemy na południe w kierunku przełęczy Krowiarki. Dziwnie ciężko się jedzie, potem okazało się że jechaliśmy przez 13 kilometrów cały czas pod górę. Znowu serpentyny, lasy, deszcz – czyli norma. Dojeżdżamy na przełęcz Krowiarki, wita nas tablica \”Babiogórski Park Narodowy – Polana Krowiarki – wejście na szlak\” i jakie jest nasze zdziwienie gdy okazuje się że wjechaliśmy na wysokość 1018 m npm. Rekord – nigdy wyżej na rowerze nie byliśmy i to asfaltem cały czas. Mokro zimno, więc dwa razy obrót wokół osi, kilka fotem i powrót tą samą drogą do Zawoi. Jak by nie deszcz to super zjazd. Przez Zawoję, Białkę, Maków Podhalański wracamy do Suchej Beskidzkiej ok 30 kilometrów prawie cały czas w dół !!!. W Suchej oczywiście urządzamy sobie późną przerwę obiadową w słynnej karczmie Rzym. Gdzie Pan Twardowski spotkał się z diabłem. My oczywiście będąc w tylu \”świętych\” miejscach uniknęliśmy takich niemiłych spotkań. A jedynie smacznie zjedliśmy i uzupełnili płyny złocistym trunkiem. W trochę lepszych humorach, najedzeni wracamy do Zembrzyc. Obowiązkowa wizyta \”U Wacka\”, prysznic, kolacja i kolejny dzień za nami. Rano wita nas piękna pogoda. Śniadanie i \”na koń\” jak mówią niektóre Sokoły. Dzisiaj święto 3 maja i NMP Królowej Polski to dobry dzień żeby pojechać do Kalwarii Zebrzydowskiej. Rozpoczynamy ze słońcem jadąc w kierunku na Budzów i Palczę, jakieś 15 kilometrów cały czas lekko pod górkę. Następnie zjazd do miescowości Cedron i gdy widzimy słynne Kalwaryjskie dróżki skręcamy i wspinamy się pod górę żeby zobaczyć Lanckoronę. Oczywiście serpentyny, około 150 m różnicy wzniesień i wjeżdżamy na rynek Lanckorony. Od razu widać że warto było tu wjechać, unikalna drewniana zabudowa, trudno coś takiego zobaczyć gdzie indziej. Niestety tutaj dogania nas deszcz. Możemy docenić zalety dużych drewnianych okapów. Przez deszcz wypada nam z planów podjazd do Lanckorony od Izdebnik /trudno – dobrze że udało się przed deszczem wjechać od strony Cedronu/. Chcąc zdążyć na 13:00 na mszę do klasztoru w Kalwarii jedziemy bez zbędnego ociągania się. Po mszy obiad w domu pielgrzyma i jedziemy na dróżki –  pierwszy raz zamiast przejść będę jechał rowerem. Niestety psuje się pogoda, trochę skracamy przejazd dróżkami i decydujemy się na powrót do domku. Planujemy przejazd krótszą drogą z kilkoma górkami. Jedziemy przez Bugaj, Zakrzów, Stryszów. Tutaj dopada nas ulewa. kompletnie przemoczenie stwierdzamy że nie ma sensu się zatrzymywać, już bardziej nie da się zmoknąć. W Stryszowie skręcamy na Marcówkę. Trochę nas przeraża znak z informacją o nachyleniu 14% i do tego droga która jest bardziej podobna do rzeczki. W ulewnym deszcze góra dól i znowu góra i jesteśmy w Marcówce. Stąd na szczęście tylko w dół, dojeżdżamy do znanej nam drogi Zembrzyce – Budzów i prawie jesteśmy na miejscu. Jeszcze tylko zakupy – wiadomo \”U Wacka\”. Kolacja przy kominku – może jakoś da się ubranie wysuszyć przez noc. Za nami kolejny dzień z rekordem. To był na pewno rekord pod względem ilości deszczu w czasie jazdy. Ostatni dzień – jak będzie padało chyba się rozpłaczę. Wymęczeni, wymoczeni przez poprzednie dni to nie ma się co dziwić że entuzjazmu brak. Przez poprzednie trzy dni ucierpiał też trochę nasz sprzęt, a głównie klocki hamulcowe. Więc rozpoczynamy od wypadu do Suchej po klocki. Okazało się że to dzisiaj było słuszne posunięcie. Wracamy do Zembrzyc i rozpoczynamy właściwą trasę. Kierunek tak jak wczoraj Budzów ale tutaj odbijamy na południe w kierunku Jachówki i dalej jedziemy do Trzebuni. Ciężko się jedzie, potem się okazało że cały czas się wspinaliśmy z wysokości 315 do 600 m. npm. Jedziemy dalej na szczęście teraz w dół znowu jesteśmy na 300 m npm., dojeżdżamy do \”Zakopianki\” w miejscowości Stróża i znowu w górę. Miłym zaskoczeniem jest to, że wzdłuż krajówki gdzie wiadomo jaki jest ruch do Zakopanego, jest stara asfaltowa droga, gdzie jest mały ruch i fajny asfalt. Jedziemy nią do Pcimia gdzie żegnamy Zakopiankę i skręcamy na Tokarnię. Tutaj krótka sesja foto z pawiami i dalej w górę do Wieprzec. Na granicy powiatów myślenickiego i suskiego kolejny szczyt 638 m npm. i w dół do Wieprzca i w górę do Żarnówki i w dół do Makowa. Przepiękna trasa wśród lasów Beskidu tyko dlaczego nie ma nic płasko. W Makowie postanawiamy coś zjeść, może siły trochę powrócą. Mijamy bar Sokół – oczywiście nazwa od razu nas przyciąga tylko troch pustki co nas trochę niepokoi. Na szczęście znowu okazuje się że jak coś się nazywa \”Sokół\” to musi być dobre. Zjadamy dobry obiad, uzupełniamy płyny i desperacka decyzja – nie jedziemy przez Suchą po płaskim tylko wybieramy podjazd przez Makowska Górę, chyba nam zaszkodziło słońce którego nie było :))). Znowu wspinaczka z ok. 350m npm do 600 m npm., znowu serpentynki, fajne widoki, tylko kto ma siłę je oglądać. Po wyjechaniu na Makowską Górę wiemy że teraz został tylko zjazd do domku. Okazało się że zakup klocków to była bardzo dobra decyzja. Duże nachylenie spowodowało że hamulce są gorące od ciągłego używania. Zjeżdżamy do Jachówki i teraz już spokojnie lekko w dół do Zembrzyc. Ostatni wieczór w gościnie w Zembrzycach, jedziemy wiadomo \”do Wacka\”. Dzisiaj trochę większy wybór sklepów więc mimo wszystko gdzie indziej kupujemy coś na grilla i spędzamy miło ostatni wieczór w Beskidzie Małym ze świadomością że jutro rano wracamy do domu.. Podsumowując: przejechaliśmy przez 4 dni 300 kilometrów, wjechaliśmy pierwszy raz powyżej 1000 m. npm., podjazdów i zjazdów nie sposób zliczyć, ilości deszczu który na nas spadł w drodze powrotnej z Kalwarii nie sposób zmierzyć, Mięśnie u nóg urosły, zmęczenie duże czyli wyprawa bardzo, bardzo udana !!!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *